Pasja Czytania

Pasja czytania

Żółta sukienka

„Była to zwykła fotografia przedstawiająca szczęśliwe dziecko – dziecko, które już nigdy nie poczuje na twarzy podmuchu wiatru”.
Powieść ma tzw. wielkie wejście, które intryguje i wciąga w akcję, wywołując emocje, aby za chwilę je przytłumić. Autorka wdaje się w opisy wieku postaci i ich charakterystykę, przedstawia każdego, co kto robi. Opisuje wygląd pomieszczeń, odwracając skutecznie uwagę od meritum historii. Na szczęście, to tylko mały moment, żeby przybliżyć miejsce akcji i bohaterów. Początek serii zapewne taki musi być. Autorka wkrótce rekompensuje tę chwilową stagnację na rzecz dobrze przemyślanej i skomplikowanej intrygi.
Główna bohaterka Natalie Ward musi dzielić swój czas pomiędzy odpowiedzialną pracą a domem, gdzie czeka na nią para nastolatków i niezadowolony mąż. Największym jej problemem jest czas. Od chwili, gdy na budowie zostaje odnalezione ciało dziecka, zaginionego dwa lata wcześniej na imprezie urodzinowej, giną kolejne dziewczynki, uczestniczki feralnego przyjęcia. Miasto jest pełne podejrzanych i nie jest łatwo wytypować sprawcę. Czytelnik podobnie jak Natalie, zmienia kilkakrotnie zdanie, a ostateczny winowajca jest totalnym zaskoczeniem.
Jaki naprawdę ze sobą mają związek zamordowane dziewczynki? Przyjęcie urodzinowe, szkołę, do której wszystkie uczęszczały czy żółte sukienki, w które były ubrane po śmierci? Czy Natalie uda się wykryć sprawcę, zanim zginie kolejne dziecko? Spore grono podejrzanych z wątpliwym alibi i mnóstwem motywów.
Dobrze opisana procedura policyjna ze świeżym stylem śledztwa. Intensywne napięcie, niepokój, emocje oraz oddanie sprawie Natalie bardzo szybko udzielają się czytelnikowi. Wręcz karmiłam się tymi emocjami, nawet myślałam, że za mało poświęca się rodzinie, chociaż doskonale ją rozumiałam. Policjantka obciążona traumą po wcześniejszym nieudanym śledztwie, która chwilami zakłóca jej postępy w sprawie. Bardzo pomocny w całym dochodzeniu jest Michael. Kolega, przyjaciel oraz błąd pewnej pijackiej nocy, który Natalie bardzo skrzętnie ukrywa przed mężem.
Czytałam z bijącym sercem i wypiekami na twarzy. Każdy trop, kierunek śledztwa, to po chwili ślepy zaułek, w jaki wpada Natalie i jej zespół. Determinacja i oddanie ekipy śledczych, która chce dorwać drapieżcę, jest godna podziwu. Były momenty, gdy zaczynałam wątpić, czy im się to uda, ale oni nie wątpili i to było niesamowicie autentyczne. Mogę sobie tylko wyobrazić, jak bardzo praca policji jest frustrująca.
„Urodziny” to dobrze napisana, szybka i ekscytująca lektura. Autorka idealnie zachowała równowagę pomiędzy napiętymi sytuacjami a wolniejszymi momentami, w których dowiadywałam się więcej o bohaterach, zwłaszcza o komisarz, kobiety o niezwykle ciekawej osobowości, zmagającej się z trudną pracą i problemami osobistymi. Nie jest idealna, ale jest mądra, twarda i zdeterminowana. Natalie to bardzo sympatyczna i wiarygodna postać, która próbuje pogodzić życie prywatne ze stresującą pracą. Bardzo chce być dobrą żoną i matką, ale nie może zostawić tej sprawy, gdy życiu niewinnych dzieci grozi niebezpieczeństwo, więc jej rodzina musi zejść na dalszy plan, czy tego chce, czy nie. Czy znajdzie sposób na powstrzymanie zabójcy, by ocalić kolejne dziecko?
Świetna historia, która rozwija się w błyskawicznym tempie. Wciągająca i trzymająca w napięciu, sprawiająca, że nie da się jej odłożyć mimo późnych godzin nocnych. W postaciach stworzonych przez autorkę jest coś takiego, że z łatwością przełamuje barierę między książką a czytelnikiem. Karol Wyer wykonała świetną robotę i tak wciągnęła mnie w swoje śledztwo, że czułam się jego częścią, co się rzadko zdarza. Jest też kilka rozdziałów, kiedy autorka zagłębia się w przeszłość sprawcy i pokazała, dlaczego stał się zabójcą. Doskonale uchwyciła umysł potwora, który zaczął, jako dziecko i ewaluował w psychopatę.
„Urodziny” są pierwszą częścią cyklu i mam nadzieję, że wydawnictwo pójdzie za ciosem i wkrótce będziemy mogli przeczytać kolejną część poświęconą komisarz Ward, „Ostatnią kołysankę”. Nie tylko z ciekawości, jakie śledztwo tym razem przypadnie jej w udziale, ale także jak potoczy się jej życie prywatne.
„Będzie ładna na zawsze” – zimny dreszcz przebiega po plecach, ale doskonale podsumowuje tę historię.
Książkę przeczytałam, dzięki Wydawnictwu Prószyński i S-ka.

Taniec dusz

„Zauważyłem ją dopiero wtedy, gdy wybrzmiał pogłos ostatniego akordu, odległe, senne pianissimo.”
Ta niepozorna książka, z niesamowitą okładką potrafi zaczarować czytelnika na kilka godzin. Powieść niesamowita, napisana pięknym językiem, pełna niewypowiedzianych emocji, która opowiada o dwójce ludzi, którzy nigdy nie powinni się spotkać. Poruszyła wszystkie struny mojej duszy. Autorka grała na nich niczym wirtuoz na harfie. Czytałam „Pianissimo”, jak w transie, oczarowana pięknym słowem, niecodzienną historią. Autorka swoją opowieścią pochwyciła mnie w objęcia i zaprosiła do niesamowitego tańca. Cudowna, magiczna historia. Nie da się tej powieści przeżyć bez konsekwencji. Pozostaje poczucie smutku, bo przecież nie jest to szczęśliwa miłość. Agata Suchocka pisze tak, że czułam ten ból, namiętność, doświadczałam tego, co dzieje się na kartkach książki niemal zmysłowo. Przeżyłam tą historię niemal, jak swoją własną i potrzebowałam kilku dni na otrząśnięcie się. Tkwiła w mojej głowie i w sercu. Wydaje mi się, że im jestem starsza, mądrzejsza i bardziej doświadczona, tym bardziej doceniam takie historie.
Powieść, która „naszpikowana” jest emocjami, muzyką i erotyką. Tak to też, ale nie zrażajcie się, wszystko tu jest wysmakowane i eleganckie. Prawdziwe uczucie przecież bez erotyki nie istnieje. To tak niesamowita mieszanka, od której nie można się oderwać. Czytając ją, wydaje się, że ta historia to bajka, ale nie opowiada ona o tym jak to książę na białym koniu zakochuje się w biednej dziewczynie, a potem żyli długo i szczęśliwie. Opowiada o dziwnej fascynacji utalentowanego muzycznie chłopaka, wychowanego w sierocińcu i dziewczyny, „sponiewieranej” przez życie tak, że stała się balansującą na krawędzi życia i śmierci desperatką. Tych dwoje nie jest stworzonych dla siebie… Autorka niczym wirtuoz czaruje słowem i powoli wciąga czytelnika do świata swoich bohaterów. Nie można tej książki potraktować, jako kolejnej melodramatycznej powieści, bo ma ona głębszy przekaz. Każdym nerwem, czuć dramatyzm tej miłości, bo to, co najlepsze trzeba okupić ogromnym cierpieniem.

Gra o życie

„Pewne tajemnice, z którymi człowiek nie ma odwagi się zmierzyć w chwili gdy nadarza się okazja pozostają na zawsze nie odkryte”.
Często zaprzeczamy temu, czego nie rozumiemy. Każde z nas czuje więcej, niż chcielibyśmy przyznać, nawet przed samym sobą. Na wszystko próbujemy znaleźć racjonalne wytłumaczenie, ale nie zawsze je znajdziemy. W obawie przed ośmieszeniem, o tym nie mówimy, bo ludzie zazwyczaj nie są skłonni dawać wiarę takim opowieściom, ze strachu nie chcą wiedzieć więcej. Czy jednak zawsze wszystko musi mieć wytłumaczenie ? To, co niemożliwe, też czasem się zdarza.
Dawno nie czytałam książki, która tak trafiłaby w mój gust czytelniczy. Mrocznie, tajemniczo plus zjawiska paranormalne. „Piętno Katriny”, to powieść niezwykła z pogranicza jawy i snu, gdzie fakty i fikcja tworzą niesamowity splot wydarzeń, wywołujących ciarki na plecach. Autorka świetnie połączyła thriller psychologiczny z elementami powieści grozy, można w niej odnaleźć także klimaty znane z horrorów i wplecione w fabułę wątki obyczajowe. Kilka gatunków, które w połączeniu tworzą zaskakująco dobrą całość. Fakt, że niektóre z opisanych wydarzeń, miały naprawdę miejsce, dodatkowo działają na wyobraźnię i potęgują zwiększający się lęk.
Akcja powieści toczy się nieśpiesznie, ale autorka doskonale buduje napięcie tak że, czytelnik czuje stopniowe narastające poczucie grozy. Zostaje otoczony aurą tajemniczości, niewytłumaczalnych zjawisk.
Miasteczko Norco Valley teoretycznie żyje i funkcjonuje normalnie podobnie jak większość tego typu miejscowości, ale jest w nim coś tak niewytłumaczalnego i niepokojącego, że w pewnym momencie ulega się złudzeniu, że większość mieszkańców nie żyje i nie bardzo wie, co robi w tym miejscu. Huragan Katrina zniszczył wszystko, co napotkał na swojej drodze i, mimo że od tragedii minęło kilka lat, to ludzie wciąż żyją tak, jakby to miało miejsce wczoraj. Każdy silniejszy wiatr czy burza wywołują w nich poczucie zagrożenia, są powodem irracjonalnych zachowań.
W tym dziwnym miejscu pojawia się trzyosobowa rodzina, która szuka w tym miasteczku ucieczki i zapomnienia, Hubert, Rebeka i ich syn Markus. Niestety miejsce, które wybrał Hubert, aby jego żona po stracie ukochanego syna wróciła do równowagi psychicznej, jest najgorszym miejscem na ziemi, jakie mógł wybrać. Nie tylko żona nie znajdzie ukojenia, ale także on sam. Jego psychopatyczna natura, której nikt nie dostrzega, daje znać o sobie ze zdwojoną siłą. Nic nie idzie tak, jak sobie wymarzył i zaplanował. Skutecznie przeszkadza mu w tym Amie, dziewczyna z Polski, która zaszyła się na tym pustkowiu przed światem i własnymi problemami. Przyjaźń Rebeki, Markusa i Amie jest Albertowi wyjątkowo nie na rękę. Nadzieja, że oddalenie rodziny od miejsca, w którym wydarzyła się tragedia, pozwoli zapomnieć, a z czasem kompletnie wymazać starszego syna z pamięci zarówno Rebeki, jak i Markusa, sypie się niczym domek z kart. Na jaw mogą wyjść tajemnice, które miały pozostać na zawsze w ukryciu.
Ta książka na pewno wyróżni się w tym roku. Najlepsza powieść, jaką dotąd przeczytałam w ostatnim czasie, aż trudno uwierzyć, że jest napisana przez polską autorkę. Chociaż od 10 lat wraz z rodziną mieszka w Wielkiej Brytanii. Agnieszka Bednarska doskonale opisała realia życia w miasteczku, które zostało zupełnie zniszczone przez huragan Katrinę jeden z trzydziestu najbardziej niszczycielskich huraganów, jakie kiedykolwiek nawiedziły Stany Zjednoczone. Zupełnie jakby tam mieszkała i tego wszystkiego doświadczyła. Pokazała nie tylko niszczycielskie siły przyrody, ale ciemne strony natury człowieka. „Piętno Katriny” to powieść wielowymiarowa, w której autorka opisała nieprzepracowaną żałobę po utracie dziecka, zespół stresu pourazowego, oraz bardzo ciekawie przedstawiła niebezpieczną naturę psychopaty, który swoim zachowaniem nie budzi niczyich podejrzeń, a pod płaszczykiem empatii i dobrych intencji niweczy innym życie i w końcu przedstawia człowieka, jako niszczyciela wszystkiego, największego wroga samego siebie. W tym mrocznym tunelu ludzkich traum pojawia się światełko nadziei. Kiedyś mrok opadnie i zaświeci słońce. Bohaterowie będą mogli wrócić do swoich najbliższych i przy ich pomocy leczyć swoje rany, prowadzić lepsze życie, chociaż bagaż tego co przeżyli, zostanie z nimi na zawsze.
Polecam tę niecodzienną powieść, której klimat całkowicie mnie pochłonął. Niesztampowa i emocjonująca, która zgodnie z zapewnieniem wydawcy, działa na czytelnika niczym tabliczka gorzkiej czekolady. Na pochwałę zasługuje fakt, z jaką starannością ta książka została napisana i wydana. Zastanawiam się jak to możliwe, że dotychczas nie poznałam twórczości pani Agnieszki, miłośniczki słowa pisanego, co czuć w każdym słowie i zdaniu.
Na koniec pytanie, zadane przez autorkę, które doskonale obrazuje czasy, w których przyszło nam żyć.
”Co dzieje się z człowiekiem, gdy traci poczucie bezpieczeństwa i kiedy żyje w ciągłym lęku?”

Nadzieja i zwątpienie

„Chwile są ulotne, wrażenia odchodzą, a życie pozostaje z wszystkimi ranami”

Ałbena Grabowska swoją twórczością dawno zaskarbiła sobie uznanie czytelników i każda jej kolejna książka jest przyjmowana z ogromnym entuzjazmem. W swojej najnowszej powieści zabiera czytelnika w sentymentalną podróż do świata, którego już nie ma.  Rzeki w powieści Ałbeny Grabowskiej, płyną, jak chcą, a ludzie pozornie postępują, jak chcą. Mężczyźni żenią się z aniołami, a zakochują w kobietach twardo stąpających po ziemi. Autorka umiejętnie przenosi czytelnika w czasy Wielkiej Wojny, gdzie czuje się atmosferę zaściankowej miejscowości, oddalonej od wielkich wydarzeń politycznych.

Bohaterki powieści mieszkanki majątku w Niebielowie, nie doświadczyły wojny, odczuły jedynie jej odległe skutki. Doznały biedy i samotności. Dotknęły ich niedostatek służby i przymus pracy fizycznej, do której nie były przyzwyczajone. Tak naprawdę żyją w zamknięciu przed światem, niejako pod kloszem.

Każda z nich widzi wojnę inaczej. Matka, żyje wspomnieniami, Róża jest nierozważną trzpiotką, która zachowuje się tak, jakby nic nie rozumiała, eteryczna Amelia zamknięta w swoim świecie i Klara, która nie widzi innej możliwości jak tyranie za dwóch, w imię troski o rodzinę. 

Klara to niezwykła osobowość, która budzi zazdrość kobiet i uwielbienie mężczyzn. Jest największą realistką z nich wszystkich, dba o dobro rodziny po opuszczeniu majątku przez ojca, który poszedł walczyć na wojnie. Złości ją styl bycia matki i sióstr, to, że zachowują się tak, jakby nie miały pojęcia, co ze sobą zrobić i jak postępować. Często ucieka nad rzekę od problemów, ale od wszystkiego uciec nie zdoła. „Czasem lepiej nie wiedzieć, a czasem wiedzieć”, tylko co z tą wiedzą zrobić.

Średnia z sióstr Amelia wbrew wszystkim i wszystkiemu postanawia opuścić dom i zostać pielęgniarką w szpitalu. Pewnego dnia powraca do majątku, ale nie sama. Towarzyszy jej mąż, o którym nie wiele wiadomo. Tajemnica związana z wyjazdem Amelii, jej pracą w szpitalu polowym oraz poznaniem męża, bardzo niepokoi Klarę.  Szwagier złota rączka od samego początku angażuje się w sprawy dotyczące majątku i bardzo szybko zaskarbia sobie sympatię wszystkich, oprócz Klary, która do tej pory czuła się tutaj panią. Powrót siostry, która ni stąd, ni zowąd stała się mężatką, zburzył dotychczasowy porządek. Dodatkowo w Klarze budzą się nieznane dotąd uczucia, które niepostrzeżenie zakradają się do jej serca pod wpływem atencji szwagra. Ta dziwna relacja, która zaczyna łączyć tych dwoje, wzbudza coraz większą zazdrość Amelii.

Róża, najmłodsza z sióstr, której w głowie tylko stroje, bale i amory, lekkomyślnie zakochuje się w pierwszym napotkanym kawalerze, który okazał jej zainteresowanie.

Jest jeszcze Ludwiżanka, stara służąca, która niestrudzenie pracuje dla rodziny Techerowiczów. Dobry duch tej powieści. Bije od niej ogromna mądrość, troska i dobro, właśnie to ona zaskarbiła sobie moją największą sympatię.

„Rzeki płyną, jak chcą”  przypominają sielankową opowieść, której całą historię zdominowały perypetie miłosne. Jednak rozterki sercowe sióstr i marazm matki są tylko pretekstem do przedstawienia sytuacji politycznej ówczesnej Polski,  rozdartej pomiędzy zaborców, gdzie wojna była wyczekiwaną drogą do niepodległości. Nadzieję, niepewność i zwątpienie. Wojnę, rodzący się w kraju ruch sufrażystek czy rozważania o kierunku, w jakim winna podążyć odradzająca się po okresie zaborów ojczyzna.

Książka napisana pięknym językiem, którą czyta się z ogromną przyjemnością. Kolejna niezwykła historia namalowana słowami przez panią Ałbenę Grabowską, a zakończenie pozwala sądzić, że ta opowieść będzie miała ciąg dalszy.

 „Słusznie wątpisz[…]Boję się tego, co nastąpi po wojnie. Czy Polska będzie i za jaka cenę. Za bardzo przyzwyczailiśmy się do Ruskich, Niemców i Austriaków i do tego, żeby wzniecać powstania, a w międzyczasie modlić się o wojnę”.

Ja już dziś się z Wami żegnam, życząc miłego popołudnia i dobrej lektury.

 Książkę przeczytałam dzięki Dom Wydawniczy Rebis

Panny w opałach

„Demokracja jednak nie jest taka super. Nie jest tak, zwłaszcza jeśli to my musimy uznać wolę większości, choćbyśmy mieli najlepsze kontrargumenty”.

Małgorzata Starosta w trylogii "Pruskie baby" udowodniła, że jest pisarką o ogromnym poczuciu humoru. Podbiła serca czytelników, dowcipnymi dialogami, pełnych aluzji i sarkazmu. „Szczęśliwy los”, to początek nowego cyklu, który już zachwycił czytelniczki. Autorka kolejny raz udowodniła, że kryminał nie musi być napisany w tonie śmiertelnej powagi. Czym jest w takim razie ta powieść, to przede wszystkim przednia zabawa i niezmiernie wciągająca historia napisana z niesamowitą lekkością.

Rewelacyjnie przedstawiona mała społeczność i ich wady. Autorka z całą mocą odsłania słabości i przywary mieszkańców wsi, ale robi to z przymrużeniem oka. Wieś nie lubi nowych, wieś nie lubi obcych, jak się pojawią, trzeba ich wykurzyć, zwłaszcza że zamierzają kupić piękną posiadłość, będącą od lat w rękach lokalnych właścicieli. Dobro wsi jest najważniejsze. Okoliczności sprzyjają mieszkańcom, bo nowe jeszcze nie stały się w pełni właścicielkami, a już pojawia się trup poprzedniej pani na włościach. Jedynymi podejrzanymi są oczywiście dziewczyny. Wszyscy chętnie zobaczyliby je za kratkami, a najbardziej miejscowy policjant, starszy aspirant Szelest, wietrząc w sprawie rychły awans. Dziewczyny nie spodziewały się, że realizacja marzeń o własnym pensjonacie, ściągnie na nie kłopoty i zostaną wplątane w kryminalną intrygę. Gdyby mogły, wróciłyby do swojej Łodzi, ale niestety pojawia się kolejny trup i sprawy się jeszcze bardziej komplikują. Szczęśliwy los czy pech? Kto jest sprzymierzeńcem, a kto wrogiem? Urokliwa wieś, czy siedlisko żmij?

Basia, Ala, Julka i Lidka to silne kobiety, których przyjaźń przetrwa wszystko. Główne bohaterki przypominają mi trochę, te z popularnego serialu. Inteligentne, błyskotliwe, mistrzynie ciętej riposty, skoczyłyby za sobą w ogień. Kłócą się ze sobą, wypominają wady, a wymiana uszczypliwości jest u nich na porządku dziennym, ale gdy trzeba stają w jednym szyku i nie znajdzie się taki, co zechciałby się im przeciwstawić.  W tych ekstremalnych warunkach, przyjaciółki wyjawiają swoje sekrety, o których do tej pory pozostałe nie miały pojęcia.

Kiedy sądziłam, że rozwiązałam zagadkę zbrodni, następował niespodziewany zwrot akcji i układanie w całość zaczynało się na nowo.  Babibór, to genialna nazwa miejscowości, która nie ma odpowiednika w rzeczywistości, a jej mieszkańcy stanowią bardzo ciekawy katalog postaci i niejednokrotnie zaskakują swoimi dziwacznymi pomysłami. Cztery przyjaciółki, które swoim pojawieniem się w spokojnej dotąd miejscowości, uruchomiło lawinę zaskakujących sytuacji, to wszystko powoduje, że książkę czyta się wyśmienicie.

 Spod pióra Małgorzaty Starosty wyszła całkiem zgrabna historia, napisana szalenie zabawnym językiem i z wciągającą intrygą. W „Szczęśliwym losie” oprócz przewrotnej rozrywkowej opowieści kryminalnej znajdziemy coś więcej niż komediową prozę. Zbrodnia potraktowana z humorem, kultura, tradycja, regionalna kuchnia, wierzenia i gwara. Tak wiele się w niej dzieje, że chwilami aż dech zapiera. Wszystko na wesoło, podane w pięknym polskim języku. Cały urok tej powieści polega na tym, że nic nie jest pisane na serio. „Szczęśliwy los” to genialny sposób na relaks, wspaniała odskocznia na dzisiejsze czasy, który od początku lepiej potraktować jak komedię nie kryminał. Książka ma niepowtarzalny klimat, tryska humorem i wprawia w dobry nastrój. Niezależnie czy jest się fanem kryminałów, czy nie, warto przeczytać "Szczęśliwy los", aby pośmiać się przy lekturze.

Finalna scena, gdzie w jednym pomieszczeniu autorka zbiera wszystkie postaci dramatu, przywodzi na myśl powieści królowej kryminału Agaty Christie. Winnym zbrodni może być jedynie któraś z obecnych na miejscu osób. Podobno królowa jest tylko jedna. Podobno, ale nasza godnie ją zastępuje.

„Nie ma lepszego nauczyciela niż doświadczenie i nie ma winy bez kary. A karma zawsze wraca – czasem trzeba na to poczekać niekiedy przyjmuje dość zaskakujące formy- jednak życie nie znosi długów i nie warto tego sprawdzać na własnej skórze”.

Książkę przeczytałam dzięki Małgorzacie Starosta i Wydawnictwu Vectra

Informacje

Strona w przebudowie.
Wkrótce wszystkie materiały zostanąprzeniesione na naszą nową stronę.
Do tego czasu część jest dostępna w poprzedniej witrynie.

W naszej Galerii

No Albums